Okładka 05/2019 Numer 5(236)/2019

Spis treści:

Policja na targach • Warsztaty z policyjnym instruktorem • PET na wymianę • Inauguracja kampanii • Przygoda z bieganiem • Kongres przeciw przemocy • Okradali biurowce • Nasze prawa w e-sklepie • Zdrowie kontra zakupy • Uwaga kleszcze! • Zdarzyło się we Wrocławiu • Zatrzymany za narkotyki • Nie znasz – nie skacz! • Zamykaj drzwi na klucz • Postępowanie nakazowe • Zablokowany ruch • Moje dylematy – Smog szkodzi inteligencji • Gra i rytuał • Grypsera kiedyś i dziś • Sportem w depresję • Do refleksji – Kto fałszowałby fałszerza? • Strzeż się pociągu • Zbiorowy czy prywatny? • Kierowca pod nadzorem • Mkną po szynach • Oficerowie prasowi informują

Postępowanie nakazowe

Postępowanie nakazowe jest konsekwencją uproszczenia i przyśpieszenia postępowania karnego w sprawach z zakresu drobnej przestępczości dla zaoszczędzenia środków i sił do zwalczania przestępczości groźniejszej w celu orzeczenia o winie i karze za przestępstwo.
Najistotniejszą cechą trybu nakazowego jest jednak wyeliminowanie rozprawy głównej jako najważniejszego etapu całego procesu. Tryb nakazowy może być zastosowany po wnikliwym zbadaniu i ocenie przez prezesa sądu wniesionego wcześniej aktu oskarżenia. Sprawa w tym trybie rozpoznawana jest na posiedzeniu niejawnym na pisemny wniosek zgłoszony w pozwie przez powoda.
Jeżeli powód dochodzi roszczenia pieniężnego lub świadczenia innych rzeczy zamiennych, sąd wydaje nakaz zapłaty i orzeka, że pozwany powinien zaspokoić roszczenie w całości wraz z kosztami. Nakaz zapłaty doręczany jest obu stronom, tyle że pozwany otrzymuje go wraz z pozwem i załącznikami. Ma on też prawo uznać, że zasądzone roszczenie jest bezzasadne i może wnieść do sądu pismo zawierające zarzuty. W piśmie tym pozwany zobowiązany jest wskazać, czy zaskarża nakaz w całości, czy w części.
Gdy zarzuty wniesione są prawidłowo, sąd zarządza doręczenie ich powodowi i wyznacza rozprawę, zaś po przeprowadzeniu rozprawy wydaje wyrok, chyba że pozwany wycofa swoje uprzednie zarzuty. W takiej sytuacji sąd postanowieniem stwierdzi, że wydany wcześniej nakaz pozostaje w mocy. Sąd może więc wyrokiem orzec utrzymanie nakazu zapłaty w całości lub w części, może też uchylić nakaz i tym samym orzec o żądaniu pozwu, również może odrzucić pozew albo postępowanie umorzyć.
Wyrok skazujący sądu, zawsze staje się prawomocny, gdy po otrzymaniu nakazu karnego pozwany zarzutów nie wniesie. Zarzuty zaś z różnych przyczyn niedopuszczalne lub wniesione po terminie, zostają przez sąd odrzucone.

Sara Stanisz-Szachnowska


Spis treści

Grypsera kiedyś i dziś

Apacz „ćwiarę” (25 lat więzienia) dostał za zabicie Cygana. Jak sam mówi, nienawidził i nienawidzi dalej Cyganów. W różnych więzieniach w Polsce w sumie odsiedział ponad 20 lat. Wytatuowana kropka pod jego lewym okiem już nieco wyblakła, ale jest widoczna i świadczy o tym, że grypsował.
Grypsujący to zamknięta, więzienna społeczność. Mają ustaloną wewnętrznie hierarchię i twarde zasady, których się trzymają. Są to bardzo często recydywiści, dla których więzienie jest drugim domem. Grypsera, to zjawisko, tak naprawdę charakterystyczne dla polskich więzień. Mają swój sposób porozumiewania się i nie zadają się z innymi osadzonymi.
– Kiedyś grypsujący byli nietykalni wśród wszystkich więźniów – mówi Apacz – Nikt nam nie wchodził w drogę, ale i między nami były twarde zasady, za ich złamanie były kary i to dość dotkliwe. Jak jest teraz? Nie wiem.
Teraz trochę się zmieniło. Grypsujący, mający kiedyś opinie więziennej elity, już nie są tak postrzegani. Przynajmniej nie przez wszystkich. X dostał wyrok za rozbój i pobicie. Kawał chłopa, 120 kilogramów, były bokser Gwardii Wrocław, stał na bramkach we wrocławskich klubach. Teraz na wolności.
– Grypsujący skatowali w więzieniu mojego kumpla, ledwo przeżył, ale inwalidą będzie do końca życia – mówi X – Spotkałem się z kilkoma grypsującymi w świetlicy, którzy prawie zabili mojego kumpla. Po kilku minutach wszyscy leżeli w kałużach krwi. Później szykowali się na mnie, chcieli mnie zajebać. Poniżyłem ich, a to dla nich wydawałoby się sprawa nie wybaczalna. Spotkałem się z szefem grypsujących, spojrzałem mu w oczy, a on odwrócił się na pięcie. Mówienie, że grypsujący dalej rządzą w wiezieniach, to mit. Na pewno nie rządzą we wszystkich.
Grypsujący nie są już tak szanowani jak kiedyś, bo czasy się zmieniają. Często w ich szeregi trafiają przypadkowi skazańcy. Kiedyś była to rygorystyczna selekcja. Do tej grupy mogli trafić, tylko skazani za najcięższe przestępstwa, zabójcy, gwałciciele.
– Słyszałem kiedyś tak zwanego grypsującego na ulicy – dodaje Apacz – Kiedyś nie do pomyślenia, żeby się tym chwalić. Nie żeby to była jakaś ujma, wręcz przeciwnie. Ale to było zamknięte środowisko, grypsującym jest się nawet na wolności. Kiedyś tak było.
Jak widać czasy zmieniły i grypsujący też się zmienili. Stara grypsera z młodą chyba nie chce mieć już nic wspólnego.

RwR


Spis treści

Do refleksji
Kto fałszowałby fałszerza?

Nieduży obrazek, akcik, gwasz, wśród barwnych plam rzuconych pędzlem z pozorną niedbałością rozpoznać można leżącą kobiecą sylwetkę, sygnowany odręcznie: Malskat. Swoista fascynacja zaczyna się u oglądającego gościa dopiero wtedy, gdy opowiadam, kto zacz jest autorem. Jest to niewątpliwy przypadek, że mamy do czynienia z autentykiem, a nie falsyfikatem. Któż bowiem fałszowałby fałszerza? Bo autorem dziełka jest jeden z najsłynniejszych fałszerzy w historii sztuki, urodzony w 1913 roku w Królewcu, Lothar Malskat, a obrazek to jego twórczość własna. Widać profesjonalny warsztat i nic w tym dziwnego – dobry fałszerz musi być doskonałym malarskim majstrem. Malskat, pracując w 1937 roku jako konserwator w katedrze w Szlezwiku i w luterańskim kościele mariackim w Lubece (wcześniej w kościołach Opola i Nysy), był rzekomym współodkrywcą, a faktycznie autorem malowideł udających wczesnogotyckie freski z XII-XIV w., budzących po „odkryciu” entuzjazm i zachwyt znawców jako „przywrócone ludzkości” arcydzieła średniowiecza.
I najlepszy numer: nabrała się na to nawet powojenna poczta niemiecka (wtedy zachodnioniemiecka) emitując dwa znaczki z postaciami z polichromii w Lubece na 700-lecie tamtejszego kościoła. Jednym z elementów demaskujących fałszerstwo był w Szlezwiku wizerunek indyka, sprowadzonego przez Hiszpanów zza oceanu do Europy dopiero ok. 1550 r., czyli sporo później niż datowanie przypisane freskom. Ciekawostką może być fakt, że komisją „demaskatorów” kierował dr Günther Grundmann, przewodniczący Zrzeszenia Konserwatorów Krajowych, ówcześnie z Hamburga, szefujący w dawnym Breslau jako Konserwator Prowincji dolnośląskiemu urzędowi i akcji zabezpieczania w czasie wojny dóbr kultury w dolnośląskich głównie skrytkach, także – chyba mało kto wie – artysta, którego pokaźny zbiór grafik (drzeworyty, linoryty i akwafortę) posiada w swym zasobie wrocławskie Muzeum Narodowe.
Poza freskami wyprodukował Malskat wiele setek „falsów”, w tym impresjonistów, postimpresjonistów i ekspresjonistów. Fałszowanie dzieł sztuki jest stare jak świat – ma chyba z trzydzieści wieków, od starożytności po „klasyka” współczesności genialnego Holendra Hana van Meegerena. Rozprzestrzenianie falsyfikatów doprowadziło do tego, że według danych celnych w I poł. XX w. sprowadzono do USA blisko 10000 „Rembrandtów” (Rembrandt van Rijn, mistrz holenderskiego „złotego wieku”, stworzył ekspertom wyjątkowe kłopoty z atrybucją swych dzieł), a w tym kraju wisi nadto 5000 „Corotów” (Jean Baptiste Corot, dziewiętnastowieczny protoplasta impresjonizmu). Mistrzowie ci w ciągu życia namalowali: Rembrandt – 300 dzieł, a gdyby policzyć także grafiki i rysunki dojdzie nie więcej, niż 2300 pozycji, a Corot – 3000 dzieł.
Wracamy na rodzime podwórko. Dr Agnieszka Szczekala, autorka wydanych w 2012 r. „Fałszerstw dzieł sztuki”, stwierdza, że „problematyka /fałszerstw tych dóbr/ nie cieszy się większym zainteresowaniem polskiej doktryny i orzecznictwa”. Wcześniej, w 1983 r., Tadeusz Rydzek w opracowaniu wydanym przez resort spraw wewnętrznych pisał, że w ujawnionych i zgłoszonych badanych sprawach „mała liczba przestępstw i niska wartość strat stanowią niemałe zaskoczenie”. W jednej z tez, tłumaczących ten stan odkrył, że „wyolbrzymianie rozmiarów fałszerstw jest zasługą literatury i prasy”. Piramidalna bzdura, i wtedy, i teraz.
Prawdą jest, że nie mamy takiego obrotu kapitałem na rynku sztuki jak na Zachodzie i że nasze zasoby sztuki światowej są mocno przetrzebione. Na pocieszenie można powiedzieć, że polska poczta nie okazała się gorsza od niemieckiej i w 1992 r. wydała 6 znaczków z obrazami z osławionej kolekcji Porczyńskich, a więc z falsyfikatami (a uchodziły za oryginały) Reynoldsa, Rubensa czy Velazqueza. Funkcjonuje w kraju szara strefa i istnieje ciemna liczba mistyfikacji, dokonywanych w dziedzinie sztuki.
W wydanym kilkanaście lat temu „Poradniku polskiego kolekcjonera” na 249 not twórców polskiego malarstwa począwszy od XIX w. przy ok. 15 % nazwisk widnieją ostrzeżenia o falsyfikowaniu dzieł, a najwięcej dotyczy artystów z przełomu XIX i XX w. Szczególnej uwagi wymaga chęć zakupu na portalu internetowym, gdzie amator mamiony jest z reguły nazwiskiem twórcy. Prosta sprawa, gdy chodzi o prymitywną podróbę, ale dociekliwość nabywcy musi obejmować sygnaturę, proweniencję przedmiotu i cechy charakterystyczne dla warsztatu artysty i epoki, a i to nie chroni od wpadki.
Niezależnie od wszelkich aspektów prawnokarnych i moralnych „twórczość” fałszerzy mistrzowskich w swoim fachu, zawsze budziła kontrowersje. Siedemnastowieczny malarz włoskiego baroku Luca Giordano był uwolniony od winy i kary, bo ówczesny sąd uznał, iż „nie można karać za to, że ktoś maluje równie dobrze jak Dürer”. Właściwie, to można byłoby się z tym zgodzić.

Marcin Brzeziński


Spis treści