Okładka 6/2017 Numer 6(213)/2017


R E K L A M A




Spis treści:

Mistrzostwa i eliminacje • Kongres związkowców • Jednak pojadą • Malownicza, martwa trasa • Polski policjant w ONZ • Nowy Komendant Wojewódzki Policji we Wrocławiu • Z życia IPA • Dwunasta edycja zakończona • Ile może zabrać komornik? • Przeczytaj, zanim podpiszesz • O zagrożeniach w sieci • Porozmawiajmy o bezpieczeństwie • Kryminalni • W naszych sejfach • Bezpiecznie na działce • Prewencyjny program „ALFA” • Uczę się bezpiecznie żyć • Ból w klatce piersiowej (2) • Bez konsultacji • Lepiej uważaj • Trasa, której nie ma • Wrocławska kolej • Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej • Co z tym dworcem? • Do refleksji – Wartość odjęta • Moje dylematy – W czerwcu się okaże... • Nowa familijna premiera • Bieg przez przejście • Tam najczęściej • Rowerzysta vs kask • Daj szansę pieszemu • Wrocławskie święte krowy • Oficerowie prasowi informują • Zdarzyło się we Wrocławiu

Ile może zabrać komornik?

Przepisy dokładnie określają kwoty, które muszą zostać na koncie dłużnika po egzekucji komorniczej. Kwoty te, zwane wolnymi od potrąceń, są inne w przypadku pracowników zatrudnionych na umowę o pracę, pracujących na podstawie umów cywilnoprawnych oraz emerytów i rencistów. Z uwagi na nowelizację ustawy o rentach i emeryturach oraz wyższe stawki płacy minimalnej w 2017 r. komornik zabierze dłużnikom mniej, niż w zeszłym roku.
Jeśli pracujemy na etacie, w oparciu o umowę mianowania czy powołania, komornik może ściągnąć nam do połowy wynagrodzenia, ale w przypadku egzekucji alimentów, aż 60 procent. Z wynagrodzenia musi nam pozostać jednak kwota równa wysokości minimalnej płacy, która od 1 marca 2017 r. wynosi 1459 zł netto. Przy zatrudnieniu w niepełnym wymiarze czasu kwota wolna od potrąceń proporcjonalnie się zmniejsza. W dużo gorszej sytuacji są pracownicy zatrudnieni na umowy cywilnoprawne (umowa zlecenie, o dzieło). Komornik może im zabrać bowiem całość wynagrodzenia. Jest jednak pewna furtka pozwalająca uniknąć tak drastycznego rozwiązania. Gdy dochody te są naszym jedynym źródłem utrzymania, można zastosować przepisy takie, jak w przypadku umowy o pracę.
W takiej sytuacji musimy zgłosić się do komornika z wyjaśnieniem i odpowiednimi dokumentami. Mają one potwierdzać zatrudnienie, będące jedynym źródłem utrzymania.
W przypadku dłużników pozostających na emeryturze czy rencie do końca czerwca 2017 r. obowiązuje 50-procentowa stawka kwoty wolnej od potrąceń. Natomiast od 1 lipca po potrąceniu komorniczym będzie musiało im zostać 75 procent uposażenia. Tak więc do końca czerwca na koncie emerytów pozostanie 500 zł (50 proc. ze stawki 1000 zł, czyli najniższej emerytury), od lipca zaś 750 zł (75 proc. z 1000 zł). Zmiany te wprowadza nowelizacja ustawy o rentach i emeryturach.
Komornik ma również prawo ściągnąć długi ze środków znajdujących się na koncie bankowym dłużnika. Na skutek zmian w prawie bankowym, od września 2016 r. na koncie osoby zatrudnionej na podstawie umowy o pracę musi zostać 75 proc. minimalnego wynagrodzenia za pracę. W 2017 r. jest to kwota 1500 zł brutto miesięcznie. Dotyczy to wszystkich rachunków bankowych dłużnika, zarówno rachunków oszczędnościowych, jak i lokat. Niezależnie od liczby zawartych umów oraz liczby współwłaścicieli rachunków.

MW



Spis treści

Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej

Apelujemy – nie bądźmy obojętni!
Szanowni Państwo, Koleżanki i Koledzy Policjanci oraz pracownicy jednostek organizacyjnych garnizonu dolnośląskiego!
Jesteśmy zawsze razem, w czasie służby i po służbie. Życie stawia nas przed kolejną próbę, kolejnym sprawdzianem. W grudniu 2016 roku nasz kolega – mł. insp. Tomasz Szymczyna uległ bardzo poważnemu wypadkowi.
W wyniku tego tragicznego zdarzenia, stan jego zdrowia w dalszym ciągu wymaga wszechstronnej rehabilitacji. Tomasz Szymczyna od trzech miesięcy, każdego dnia poddawany jest zabiegom, przy udziale specjalistów – rehabilitantów od ruchu, mowy oraz innych czynności, ważnych dla funkcjonowania człowieka. Zabiegi te i Jego determinacja, spowodowały m.in., że Tomek samodzielnie zaczyna poruszać się o własnych siłach.
Zwracamy się do Państwa o pomoc w zebraniu środków na leczenie i kosztowną, specjalistyczną rehabilitację umożliwiającą powrót do zdrowia i sprawności, a może i powrót do służby naszego kolegi policjanta! Dotychczasowa pomoc finansowa udzielona została przez Komendanta Wojewódzkiego Policji we Wrocławiu insp. Arkadiusza Golanowskiego oraz przez Zarząd SKPP. Jednak stan zdrowia naszego kolegi wymaga dalszego wsparcia naszego policyjnego środowiska!
O rozpoczęciu i szczegółach zbiórki charytatywnej „Dla mł. insp. Tomka Szymczyny” Zarząd SKPP oraz kierownictwo Sztabu Policji KWP we Wrocławiu poinformują Państwa odrębnym komunikatem.

Ostatnia droga
Na cmentarzu komunalnym na Kiełczowie we Wrocławiu, 13 maja br. odbył się pogrzeb byłego Komendanta Powiatowego Policji w Miliczu, podinsp. Adolfa Kluza.
Stowarzyszenie Komendantów Policji Polskiej, którego Zmarły był członkiem, reprezentowała delegacja w składzie: mł. insp. Zdzisław Kozłowski, mł. insp. Zbigniew Raszewski, mł. insp. Henryk Wójcik oraz mł. insp. Bogdan Wruszczak. Reprezentanci Stowarzyszenia wspólnie z innymi, m.in. z delegacją Koła Łowieckiego „GWARDIA”, reprezentowanego przez podinsp. Wiesława Szymczaka, złożyli wieńce na grobie Zmarłego.

Zarząd Stowarzyszenia Komendantów Policji Polskiej

Spis treści

Do refleksji
Wartość odjęta

„Popłakałam się ze śmiechu, nie raz, a kilka razy” – mówi anonimowa pani (krytyczka?) na reklamowej ulotce. Myślałem, że jakieś tam poczucie humoru mam, a tymczasem w kinie nie zaśmiałem się ani razu. Może byliśmy na różnych filmach? Jeśli już, to musiałby to być śmiech połączony z zażenowaniem (z czego się śmiejesz, głupku?). Film (długi jak cholera) to „Toni Erdmann”. Krytyczka (tym razem pod imieniem i nazwiskiem) pisze w recenzji: „film (…) bawi do łez i chwyta za gardło jednocześnie. Wybitne kino. Lektura obowiązkowa”, „po seansie Cannes oszalało”, „brak nagrody (…) uznano za skandal – i słusznie”, „najlepszy film ostatnich pięciu, jeśli nie dziesięciu lat”. Proszę, proszę, a może mu nie tylko Oskara (film był nominowany, nie dostał), ale i Nobla (nieważne, że nie ma takiej kategorii), bo pani recenzentka wzbiła się w stratosferę absurdu i znalazła się w towarzystwie pani, która na „Familiadzie” na pytanie o polskich laureatów Nobla odpowiedziała: „Chopin”. Reszta uwag: nie wiem, dlaczego „Cannes oszalało”, ale gdyby film dostał zeszłoroczne najwyższe laury, to dopiero byłby skandal.
Dodajmy, że jednak film został obsypany europejskimi nagrodami, na co ja pytam – tylko tyle film Europie, a Europa widzom ma do powiedzenia? Treść filmu: pani, wypalona pracą w korporacji, traci humor, wobec czego jej ojciec przebieranką i różnymi wygłupami stara się przywrócić ją do pionu. Humor bliski slapstickowemu, ale ta rubaszność nie do końca zdecydowana. Rozumiem, że kogoś mogły urzec subtelne (powiedzmy, że subtelne) psychologizmy (jak na przykład wypowiadających się na ten temat Redbada Klijnstrę czy Arkadiusza Jakubika) i popis aktorski Petera Simonischka, ale to wszystko zostało odegrane na określonym tle. A tła nie sposób pominąć. „W Polsce czyli nigdzie” – umiejscowienie przez Alfreda Jarry'ego akcji sztubackiego „Ubu króla” do dzisiaj intryguje teatromanów. Bohaterka filmu już w dobrym nastroju robi dalszą korpo karierę, bo z wychodzącej z siermiężności Rumunii jedzie do Singapuru. Jaśniej tego wyrazić nie mogę: guzik mnie obchodzą korporacyjne wypalenia i rozterki pani bohaterki (chciałaś? – masz!). Gdzieś tam – ale powyżej ekranu – wisi pytanie „jak żyć”, jednak nie zostaje wystarczająco wyartykułowane.
Może jest to znamię czasów – jak przebrnąć przez rzeczywistość, bo i tak na zmiany w niej nie mamy wpływu? A lekiem na panoszący się korporacjonizm jest dobry humor robotnic zapieprzających w tym mrowisku? Byłem zniesmaczony akcją nieszczęsnych cymbałów, którzy podległym policjantom kazali wystrzygać konfetti do zrzucania z samolotu na powitanie ważnego gościa, a w innym miejscu w kraju przebierali gliniarzy w białe szaty aniołów na koniach w orszaku Trzech Króli. W tym odczuciu wcale nie uderzałem w myślach i słowach w wysokie tony – o postponowaniu munduru i o tym, że cierpi na tym bezpieczeństwo obywateli. Nie, uważam po prostu, że to było głupie i – jakby to powiedzieć – mało estetyczne. Przypuśćmy na chwilę, że podzielam entuzjazm „oszalałego Cannes”. Okazałoby się: jakże błądzę w innych ocenach, musiałbym uderzać w wysokie C z drugiej strony, widocznie nie doczytałem jakichś kolegów Freuda, nie dostrzegłem głębi w wygłupach i temu podobnie. Taka durnota wprowadza przecież w dobry humor, ociepla wizerunek munduru, pokazuje, że towarzysze broni w mundurach mogą być durno swojscy. Sama radość. I byłaby to wartość dodana z pójścia do kina. A tak – jest wartość odjęta.

Marcin Brzeziński



Spis treści

Daj szansę pieszemu

Taki apel powinien towarzyszyć sztuce parkowania uprawianej przez kierujących. Z formalnego punktu widzenia, interes pieszego poruszającego się po chodniku jest zapewniony. Kierujący bowiem musi zachować – w przypadku parkowania na chodniku – przynajmniej 150 cm odstępu od swego wozu do krawędzi owego miejsca, przeznaczonego dla ruchu pieszych.
Tymczasem praktyka jest różna. Pozostaje zwracanie uwagi kierującym, że pieszy przeciska się obok ich pojazdu. Problem braku szacunku dla pieszych widać wyraźnie zwłaszcza na osiedlach. Auta stoją w zasadzie tam, gdzie znajdą po temu dogodne miejsce. Nie ma znaczenia, czy jest to trawnik czy też chodnik. Straż miejska nie może zwykle interweniować, gdyż „Prawo o ruchu drogowym” nie obowiązuje na drogach prywatnych. A takie dominują na wspomnianych osiedlach. Formalnie rzecz ujmując, za niewłaściwe parkowanie grozi mandat w wysokości 100 złotych.
Dlaczego tak ważne jest zachowanie odstępu o szerokości co najmniej 150 cm? Otóż chodnikami chodzą nie tylko zwinni i sprawni ludzie, którzy z łatwością przecisną się przez szpary, pozostawiane przez źle zaparkowane samochody. Co ma zrobić matka prowadząca wózek z dzieckiem? Taki sam problem może mieć osoba niepełnosprawna, wspierająca się na kulach bądź ociemniała. To z myślą o nich ustawodawca wprowadził wspomniany przepis.

Waldemar Antkowiak