Okładka 09/2019 Numer 9(240)/2019

Spis treści:

Nieudana podróż? • Choroby podczas wyjazdu • Wakacje w Polsce • Dni Seniora we Wrocławiu • Witaj szkoło • To już dwadzieścia lat! • Szczepienia w tropikach • Na początku było trudno • Zdarzyło się we Wrocławiu • Istota elektronicznego sądu • Paser • Nie daj się hakerom! • Zatarcie skazania • Jak zlikwidować kolej? • Ustawa o dokumentach publicznych • Moje dylematy - Przyjdzie jesień i co przyniesie? • Smog świetlny i zdrowie • Uważaj w hotelu • Do refleksji - Felieton im. Wilhelma von Jakiegośtam • Za wysokie składki? • Szybka jazda? • Plac Społeczny bez estakad • Niebezpieczna klimatyzacja • Oficerowie prasowi informują

Istota elektronicznego sądu

Elektroniczny sąd (E-sąd) jest pierwszą tego typu w Polsce instytucją, działającą od 1 stycznia 2010 roku, przeznaczoną dla tych osób, które chcą pominąć uczestnictwo w rozprawie sądowej. Dotyczy to jednak wyłącznie spraw o odzyskanie dla siebie należności pieniężnych, np. z tytułu wykonanej usługi, nieotrzymania wypłat z odszkodowania czy nieuiszczonych opłat za dostarczenie towaru.
Chcąc złożyć elektroniczny pozew, powód zakłada najpierw na portalu e-sądu konto użytkownika, na którym wprowadza wszystkie wymagane dane. Po ich wprowadzeniu i przesłaniu na serwer następuje weryfikacja. Gdy dane zweryfikowane są pozytywnie, na adres e-mailowy powoda przesłany zostaje link aktywacyjny i nazwa użytkownika w systemie. By założenie konta było możliwe, konieczne jest też uzyskanie tak zwanego podpisu elektronicznego. Aktywacja konta staje się podstawą do zalogowania się na nim, a następnie do złożenia pozwu, pod warunkiem jednak, że użytkownik ma możliwość dokonywania płatności online. Po aktywowaniu swojego konta na stronie e-sądu, powód może komunikować się z sądem jedynie na drodze elektronicznej. Jeżeli zaś chodzi o płatności elektroniczne, to mogą mieć one postać przelewu online lub formę kart płatniczych. W praktyce orzeczniczej e-sądu przyjęto, że prowizja za opłacenie pozwu może być doliczona do żądanych w tym pozwie kosztów procesu.
W procesie tworzenia pozwu zdefiniować należy ilość powodów, gdyż pozew musi być podpisany przez nich wszystkich. W związku z tym, że pozew ma postać całkowicie elektroniczną, nie dołącza się do niego odpisów, ani dowodów, gdyż nie dopuszcza się jakichkolwiek skanów dokumentów czy innych plików komputerowych. Z tego też głównie powodu, oprócz dokładnie, jasno i precyzyjnie sformułowanego żądania, pozew powinien zawierać również przytoczenie faktycznych okoliczności, które te żądania uzasadniają. Do czasu uprawomocnienia się postępowania, powód ma prawo wycofać swój pozew.
Podpisany, opłacony i poprawnie złożony pozew zostaje przekazany do rozpatrzenia w wydziale sądowym. E-sąd, po rozpoznaniu sprawy może wydać nakaz zapłaty albo stwierdzić brak podstaw do jego wydania i przekazać rozpoznanie sprawy do sądu właściwości ogólnej pozwanego, czyli sądowi, w okręgu którego pozwany zamieszkuje. W przypadku jednak wydania nakazu zapłaty, jego doręczenie powodowi następuje drogą elektroniczną, z chwilą pierwszego zalogowania się powoda na jego koncie w systemie, po wygenerowaniu elektronicznego doręczenia tego nakazu przez e-sąd. Jeżeli do takiego zalogowania nie dojdzie, doręczenie nakazu zapłaty dla pozwanego odbywa się w tradycyjny sposób – pismem, przesłanym pocztą. Następnie wydane jest z urzędu postanowienie o nadaniu klauzuli wykonalności nakazowi zapłaty. Postanowienie to ma również postać elektroniczną. W tej samej postaci, w tak zwanym repozytorium systemu, powód otrzymuje tytuł wykonawczy, a także złożyć może wniosek do komornika o wszczęcie egzekucji.
Postępowania przed e-sądem nie są jeszcze w Polsce tak popularne i powszechne. Ciągle odstraszają informatyczne zawiłości tej prawnej procedury zwłaszcza, gdy podmioty nie korzystają z reprezentowania ich przez fachowych pełnomocników.

Sara Stanisz-Szachnowska


Spis treści

Do refleksji
Felieton im. Wilhelma von Jakiegośtam

Nie wątpię, że Uber i taksiarski dumping warte są felietonu, ale to nie o tym. Pretekst jest inny – partnerem Ubera w Polsce stała się fundacja imienia gościa z tytułu (gdyby ktoś się pytał, to dokładnie dano mu nazwisko Strossenrhauer). Wniosek z dziennikarskich dociekań jest taki, że to postać fikcyjna, nieistniejąca w przestrzeni medialnej. Nie ma takiej osoby jako realnej w wyszukiwarce Google'a, katalogach Bibliotek Państwowej w Berlinie oraz Narodowej i Kongresu Stanów Zjednoczonych.
Jeśli więc fikcja, to nie pierwszy raz w dziejach w taki właśnie sposób absorbowana jest uwaga publiki. Zdarzały się już rozprawy dowcipnisiów o nieistniejących postaciach, które wzbudzały sensację w świecie nauki. Ba, w polskojęzycznej Wikipedii żyło sobie przez jakiś czas hasło „Henryk Batuta”, które było zręczną, wielopiętrową mistyfikacją (niby właściwe nazwisko – Izaak Apfelbaum, do tego bogaty życiorys i osiągnięcia). Pół biedy, gdy wszystko obraca się w granicach żartu. Co innego, gdy znikają postacie istniejące. Wybaczą mi Czytelnicy dość głupawy przykład. Bywa, że zdradzony, rozwiedziony małżonek (dowolnej płci) chce pozbyć się uwiecznionych wspomnień o byłej drugiej połowie i wycina ją nożyczkami z tych fotek. Nieodzowny w tym miejscu jest wtręt historiozoficzny. Religia jednej słusznej ideologii jako obowiązującej zasady i kultu wodzostwa rozlała się szeroko i wcale nie zdechła z dwudziestym wiekiem. Groźne dla prawdy historycznej są zabiegi nawet nie polityki a historycznego politykierstwa.
Tak się składa, że ofiary tego procederu są po obu stronach ideowych i politycznych barykad. Wszystko to dzieje się w ciszy pracy retuszera, korektora lub współcześnie informatyka. Postacie ważne dla historii, emblematyczne, heroiczne mogą być wycinane przez szaleństwa szowinistów, nacjonalistów i fanatyków różnych maści. A w reżimach autorytarnych, z natury głęboko opresyjnych, wodzowie i ich paladyni (ci jeszcze na dodatek sami muszą się pilnować) gustują i celują w eliminowaniu z publicznej pamięci obrazów postaci już niewygodnych i pozbawionych łask majestatu. W ten sposób na przykład przerzedzało się otoczenie Generalissimusa na zdjęciach z kremlowskiej trybuny, a z fotografii ze Słońcem Ludzkości – zgodnie z wszelkimi regułami czystek bez granic – znikały też psychopatyczne bydlaki w rodzaju Jagody czy Jeżowa.
Otworzył ten felieton Wilhelm von Jakiśtam i nie ukrywam pewnego podziwu dla luzackiego wynalazku w postaci takiego fantoma. W zupełnie odmiennej tonacji przypada mi kończyć ten tekst, bo ciężko się pisze, gdy nie widać przebłysku światła. Ponieważ nie żyjemy na bezludnej wyspie, więc należy się w tym miejscu łyk filozofii społeczeństwa. Wartość człowieka wywodzi się z poczucia uczestnictwa w zbiorowości. Według zasadniczych poglądów (w zasadzie i jeden, i drugi – choć w różnym stopniu – są instrumentalno-społeczne) miarą wartości jest zdolność do służenia i poświęcania się społeczeństwu lub waga osobistego wkładu (w różnorodnych możliwych aspektach) w rozwój ogółu.
Pochodną wartości jest w człowieku poczucie godności. Uderzenie w godność to unicestwianie tego elementu osobowości, który decyduje o wewnętrznej równowadze i bezpieczeństwie psychiki wobec świata zewnętrznego. Jak to wygląda w środowiskach policyjnych? Są tysiące ludzi, którzy służyli i wnosili swój wkład w utrzymanie ładu i bezpieczeństwa publicznego, zaufali państwu, a państwo ich zawiodło, zafundowało im faktyczny niebyt, zrywając także ciągłość swych zobowiązań i łamiąc konstytucyjne normy. Zostali boleśnie ugodzeni zaliczeniem według bezsensownych, zbiorowo i ignorancko stosowanych kryteriów do grup służących przed transformacją totalitarnemu państwu.
Są też policjanci, najczęściej ci wyżej funkcyjni, którzy zostali bez dowodów pomówieni przez przestępców, co skwapliwie podchwycili gorliwi prokuratorzy (dorwać glinę!), siedzieli w aresztach, przez długie lata toczyli boje o swój nieskazitelny wizerunek, w końcu – uniewinniani. Jest policjant, z grupy tych pierwszych i z grupy tych drugich, wybitny i zasłużony na pierwszej linii autentycznego policyjnego frontu, bo w walce z gangsterami i zorganizowaną przestępczością. Ministerialny urzędnik, odrzucając zza biurka jego odwołanie od niesprawiedliwości, ma czelność zakwestionować „aby służba ta pełniona była z narażeniem życia i zdrowia” oraz stwierdzić, że adresat tych słów „nie legitymuje się wybitnymi osiągnięciami w służbie”. Etos gdzieś wyparował, „ostało się ino” confetti, czy to wystarczy?

Marcin Brzeziński


Spis treści

Szybka jazda?

Jak szybko można jeździć po Wrocławiu? Na pewno nie tak, jak po torze Formuły 1. Pomiar rzeczywistej prędkości jazdy po mieście, poruszając się w sieci ulic szerokiego centrum, daje mało optymistyczne rezultaty.
Otóż 1 sierpnia br. przeprowadzono jazdy specjalnie wyposażonym samochodem z komputerem mierzącym odcinkowe prędkości i odległości oraz syntetyzującym wyniki. Jazdy odbyły się pomiędzy godz. 9:00 a 14:00. I tak na trasie Zwycięska – Ślężna – Armii Krajowej – Borowska – Uniwersytet Medyczny przy ul. Borowskiej średnia prędkość wynosiła 12 km/h. Z kolei w drugą stronę od Uniwersytetu Medycznego, trasą: Borowska – Dyrekcyjna – Pułaskiego – Most Grunwaldzki – Olszewskiego średnia prędkość wyniosła 10 km/h.
Wcale nie lepiej jest na innych drogach. Otóż na trasie Olszewskiego – Dworcowa do Dworca Głównego osiągnięta średnia prędkość to 10 km/h. Podobnie jest przy wyjeździe z centrum miasta: Dworcową, Stawową do Uniwersytetu Medycznego przy Borowskiej – to także średnio 10 km/h. To samo na trasie Uniwersytet Medyczny przez Parafialną do Zwycięskiej: osiągnięta średnia prędkość też wynosi 10 km/h.
Można oczywiście mnożyć te jazdy i pomiary, ale wniosek nasuwa się sam: wrocławski układ komunikacyjny nie pozwala na jeżdżenie samochodem z normalną akceptowalną średnią szybkością – 30 km/h i nie pozwala nawet marzyć o dopuszczalnej administracyjnie szybkości 50 km/h w terenie zabudowanym. Skoro tak, to gdzie jest alternatywa, dostosowująca ten coraz bardziej chory układ do potrzeb mieszkańców? Kiedy ona się zrealizuje? Widoków – jak na razie – brak, a póki co mamy straty czasu. To ma znaczenie dla biznesu ale i racjonalnych i niekonfliktowych reakcji społecznych oraz zachowania ról rodzinnych, a zwłaszcza wychowania dzieci.
W przypadku przytoczonych pomiarów testy były poświęcone problemom związanym z załatwianiem spraw medycznych. Nie udało się ich załatwić w rozsądnym czasie żadnym ze środków komunikacji (autobus, tramwaj, rower, samochód). Te niskie prędkości, to podstawowy problem naszego miasta.

Ryszard Piasecki


Spis treści