Okładka 10/2013 Numer 10(169)/2013


R E K L A M A




Spis treści:

Strzelanina w centrum Wrocławia • Czy policjant po służbie jest policjantem? • Miejski sztab dowodzenia • Święto Straży Miejskiej • Podszywają się pod policję! • Ustawa potrzebna od zaraz • Strach przed psychologiem • Jesień i zima w czeskich górach • Po czym poznać, że „przypala”? • Działanie pod wpływem silnego wzburzenia • Narkotyki w szkole • Choroby odzwierzęce • Szczepić się czy nie szczepić? • Przemoc w szkole • Chrońcie dokumenty • Wydarzyło się we Wrocławiu • Sparta nie padła • Z życia SKPP • Czego brakuje w polskich kodeksach • W październiku jest po byku • Ewa Podleś w Operze Wrocławskiej • Przepisy drogowe w Europie • Wrocławskie święte krowy? • Refleksje po lecie • Oficerowie prasowi informują

Po czym poznać, że "przypala"?

Na pytanie, czy ty nie palisz czasem trawki?, uzależniony nastolatek odpowie przecząco. Czy to takie dziwne, skoro zadaje je rodzic?
W Stanach Zjednoczonych więcej nastolatków pali marihuanę niż papierosy – średnio jeden na szesnastu licealistów regularnie przypala "zioło". W Polsce statystyki są niemniej alarmujące: z danych krajowego Centrum Informacji o Narkotykach i Narkomanii wynika, że co trzeci nastolatek przyznaje się do zażywania marihuany lub haszyszu. Młodzi nie uważają palenia trawki za szczególnie niebezpieczne dla zdrowia, co więcej, twierdzą, że jest znacznie bezpieczniejsza niż alkohol. Palą w domu, na przerwach w szkole, na imprezach. Z reguły nie czują się uzależnieni. 17-letni Maciek przypala od dwóch lat i jak mówi, nic złego od palenia go jeszcze nie spotkało. Ponadto twierdzi, że w każdej chwili mógłby przestać. Nie przestaje jednak, bo nie widzi takiej potrzeby. A że koncentracja mniejsza? I tak nie ma ambicji, by się dobrze uczyć. Po trawce przynajmniej zawsze ma dobry humor.
Tymczasem zażywanie marihuany i haszyszu powoduje wzrost ciśnienia krwi, przyspieszenie tętna, wysuszenie śluzówek jamy ustnej, zaburzenia pamięci i wzrost urazowości, a z czasem drażliwość, stany wzmożonej agresji, psychozy i zaburzenia schizoidalne.
Jak możemy poznać, że nasze dziecko "przypala"?
Po pierwsze po zapachu. Marihuana pachnie mdło i zarazem słodkawo. Zwracajmy uwagę na zapach dziecka (jego włosów, ubrania), na fakt, że często wietrzy pokój i nie dajmy się zwieść tłumaczeniom, że palili koledzy, a nie ono. Po drugie sprzęt do palenia – wszelkie lufki, bibułki, woreczki z tytoniem. Sprawdźmy też, czy w domu nie pojawiły się nowe rośliny w doniczkach. Dobrze w tym celu zapoznać się choćby poprzez Internet z wyglądem konopi indyjskich.
Po trzecie oczy. Po paleniu marihuany powieki stają się obrzmiałe, białka przekrwione lub żółte, a źrenice rozszerzone. Po czwarte nastrój. Palenie trawki wywołuje irracjonalną wesołkowatość – jeśli dziecko bez powodu się śmieje bądź przebywa przez dłuższy czas w euforycznym nastroju, możemy przypuszczać, że to za sprawą narkotyku. Po piąte zwiększony apetyt. Jeśli nastolatek rzuca się na jedzenie, a w szczególności słodycze, jest to kolejny niepokojący objaw. I w końcu zaburzenia koncentracji, percepcji czasu oraz koordynacji ruchowej.
Warto zwrócić uwagę na słownictwo dziecka. Jeśli usłyszymy, że rozmawiając przez telefon, używa takich słów, jak "absta" (odstawienie narkotyku), "afgan, czekoladka, kloc" (haszysz), "bacior, bat, blant, grubas, kolumbijka, samosieja, temaciwo" (marihuana), "bakanie, burchanie, ściąganie bucha" (palenie trawki), "być sfilmowanym, mieć halun, trzepanie" (mieć odlot) – nie bawmy się w podchody, tylko porozmawiajmy z dzieckiem. Otwarcie i zdecydowanie. Być może nie jest jeszcze za późno, by zrezygnowało z palenia, bez konieczności podejmowania drastycznych środków.

MW

Spis treści

SKPP
Do refleksji • Czego brakuje w polskich kodeksach

Znany, choć anonimowy prawnik mówi w gazetowym reportażu: "Jest cenna zasada niewzruszalności orzeczeń". Święta prawda, bo gdyby było inaczej, trudno byłoby się połapać w prawnym chaosie. Tyle tylko, że cytowana wypowiedź następuje w kontekście strasznej ludzkiej krzywdy, legalizowanej przez sądowe wyroki i prawniczą bezradność. Poręczenie przez emeryta pożyczki w prywatnej firmie w wysokości 700 zł oraz niespłacenie w terminie przez pożyczkobiorcę powoduje – dzięki narzuconym w umowie lichwiarskim odsetkom – narastanie gigantycznej kwoty spłaty wynoszącej w ciągu 12 lat... ok.170 tys. zł. Z tego poręczyciel spłacił już ok.45 tys. zł i zagrożony był jego fizyczny dalszy byt. Nie waham się powiedzieć, że to, co się dzieje, obraża wszystkie cywilizowane normy. Jest w tej sprawie jeszcze taki aspekt, że tak naprawdę pożyczka (ściślej kwota główna) była spłacona wkrótce po terminie, ale wierzyciel zastosował oszukańczy myk, bo spłatę zaksięgował na poczet odsetek. Jak to możliwe, że sąd nie unieważnił umowy, bo nie dostrzegł jej niezgodności z klauzulą generalną polskich norm prawa – zasadami współżycia społecznego? Dlaczego sąd nie dopatrzył się oszustwa? That is the ques-tion. Wyroki przyklepujące dług i uruchamiające działania komornika są kpiną ze sprawiedliwości i – tak, tak – z prawa. Do sądowego nakazu zapłaty nie powinno w ogóle dojść. W innym przypadku nie powinno dojść do wyroków skazujących na osadzanie w zakładzie karnym niepełnosprawnego intelektualnie dwudziestoparolatka o psychice kilkuletniego dziecka. Porażający jest widok takiego człowieka, kompletnie zagubionego w więziennej rzeczywistości. Sąd opiniujący wniosek o jego ułaskawienie to jakieś żarty. Pierwszy – proceduralno-ustawowy, bo jakże sąd, który wpakował chłopaka za kraty, może de facto przyznać się do błędu? Odwaga cywilna to tylko brzmi ładnie. Przypominam – jakby górnolotnie to nie brzmiało – że sądy orzekają w imieniu Rzeczypospolitej i ich błędy obciążają jej konto. Drugi – będący konsekwencją pierwszego. Sąd nie uważa, żeby skazany zasługiwał na ułaskawienie. "Pójść w zaparte" to metoda raczej obserwowana po drugiej stronie sądowej barierki. Co więcej, w ustnym uzasadnieniu, nie dostrzegając wewnętrznych sprzeczności, formułuje tezę wzbogacającą chyba skarbnicę myśli prawniczej, że kara odniosła skutek. Więzienna terapia wobec intelektualnie niepełnosprawnego! To smutne. Czego brakuje w polskich kodeksach, żeby w przytoczonych przykładach wymierzać – kładę nacisk na głęboką wymowę tego słowa – sprawiedliwość? Poza wszelkimi względami prawnymi niezawisłość sędziowska nie oznacza też niezawisłości od zdrowego rozsądku i zwyczajnej ludzkiej przyzwoitości. A z medialnych przekazów dowiadujemy się, co rusz, o podobnie wymierzanej "sprawiedliwości". Bezlitosny wobec polskich sędziów i sądownictwa jest znawca prawa europejskiego prof. Tomasz Tadeusz Koncewicz z Uniwersytetu Gdańskiego. Wypowiada się w prasowym wywiadzie: "Sąd polski pozostaje w tyle (…) cywilizacyjnej zmiany. Nie rozumie, że aspektem państwa prawa jest też prawo z ludzką twarzą, a nie tylko "prawo jako miecz" wobec obywatela, który nie jest w stanie z równą intensywnością wyegzekwować swego prawa wobec państwa – "prawa jako tarczy". A także: "Polski sędzia formalista zna tylko jeden świat wyznaczony przez przepis – jakkolwiek niesprawiedliwy i nieracjonalny miałby się okazać – oraz procedury, które przypominają bezduszny rytuał. W tym świecie najwyższe prawo może stać się bezprawiem".

Marcin Brzeziński

Spis treści

Wrocławskie święte krowy?

Jak powiedział niedawno prezydent Wrocławia Rafał Dutkiewicz, w ciągu 10 lat będzie wprowadzone ograniczenie ruchu dla samochodów w obszarze wyznaczonym liniami fosy i Odry. W ścisłym centrum miasta najważniejsi będą piesi i rowerzyści, potem komunikacja miejska, a na końcu samochody.
Na Rynku i najbliższych okolicach priorytet będą mieli piesi. Na Starym Mieście uprzywilejowani mają być rowerzyści. Natomiast od ulicach Grodzkiej, Kazimierza Wielkiego i Świętej Katarzyny priorytet ma mieć komunikacja miejska. Pozostali uczestnicy muszą się dzielić jezdnią w zrównoważony sposób, z zastrzeżeniem, że zawsze trzeba chronić słabszego uczestnika ruchu przed silniejszym.
O ile jeszcze kilka lat temu przywileje i ułatwienia dla rowerzystów w mieście były nowinką i przyjmowano je z entuzjazmem, powołując się m.in. na rozwiązania holenderskie, to teraz trochę to wszystko stanęło na głowie. Wrocławianie coraz częściej też nie kryją irytacji. Coraz głośniej słychać opinię, że cykliści nie są już w mniejszości, ale wręcz rządzą na ulicach. Bardzo sprytnie wykorzystali oni moment, gdy władze miejskie zaczęły lansować Wrocław jako miasto zieleni i ekologii, idealnie stworzone dla rowerzystów. Zaczęli hałaśliwie stawiać włodarzom miasta żądania i dużo udało się im uzyskać. Same władze miejskie chyba za bardzo nie zastanawiały się, czy udogodnienia stwarzane rowerzystom będą racjonalne. Były modne, a moda, niestety, nie ma nic wspólnego z racjonalnością.
We Wrocławiu jest więcej tras rowerowych w porównaniu do innych polskich miast, ale nie wszystkie są dobrze zaprojektowane, np. kontrpasy, moim zdaniem, z bezpieczeństwem rowerzystów nie mają nic wspólnego, wręcz przeciwnie: czołowe zderzenie rowerzysty jadącego 30 km/h z samochodem jadącym z naprzeciwka z prędkością 50 km/h będzie opłakane w skutkach.
Samochodów w mieście jest wiele, drogi z roku na rok wyglądają lepiej, ale w godzinach szczytu w niektórych miejscach miasto jest i tak zakorkowane. To świadczy m.in. o tym, że ruch samochodowy zdominował miasto. Teraz wydziela się miejsca tylko dla rowerzystów, tak więc kierowcy gdzieś musza się wynieść, a tam, gdzie się wynoszą, rowerzyści i tak są. A że jedni za drugimi nie przepadają, to tylko podnosi atmosferę.
Kierowcy nie lubią stylu jazdy rowerzystów, np. ich zjeżdżania bez sygnalizacji ze ścieżek rowerowych czy chodników na ulicę, czy też blokowania pasa ruchu. Rowerzyści natomiast wychodzą z założenia, że skoro miasto tak o nich dba, a przepisy ich preferują, to wszystko im wolno. Jedno jest pewne, z przepisami na bakier bardziej są rowerzyści niż kierowcy.
Władze miejskie, aby wyjść z twarzą z tego wszystkiego, pewnie nie wycofają się z polityki prorowerowej, ale mogą trochę roztropniej wdrażać kolejne rozwiązania. Nie zawsze udogodnienie dla rowerzystów jest jednocześnie udogodnieniem dla kierowców i pieszych. To po pierwsze. Po drugie rowerzyści powinni znać przepisy ruchu drogowego. I tak są w uprzywilejowanej sytuacji, mandaty dla nich nie skutkują punktami karnymi, tak jak jest to w przypadku kierowców. A ci ostatni, no cóż, musza się przyzwyczaić do uczestników ruchu drogowego na jednośladach. Obie strony kochać się nie muszą, ważne żeby respektowały przepisy. A władze miejskie namawiam do roztropności.

Robert Wyrembak

Spis treści